Siła natury i piękne włosy. John Masters Organics

john masters organics

Świadoma, przemyślana pielęgnacja jest ważna, bo to jedyny sposób na osiągnięcie długofalowego efektu. Lubię eksperymentować dobierając produkty, ale najlepszym rozwiązaniom jestem bezwzględnie wierna. 

Nie wyobrażam już sobie mojej codziennej pielęgnacji włosów i skóry głowy bez produktów John Masters Organics.

Ogromnie mnie cieszy, że doskonałe działanie kosmetyków (profesjonalny, salonowy efekt) idzie w parze z eko – filozofią marki, która do mnie bardzo przemawia.

Słowo organiczny nie jest jedynie pustym sloganem odmienianym przez przypadki – świadectwem jakości kosmetyków jest wykorzystanie naturalnych, ekologicznych i certyfikowanych składników pozyskiwanych w sposób przyjazny dla środowiska. Kosmetyki nie są testowane na zwierzętach. Opakowania (minimalistycznie piękne !) ulegają biodegradacji.

Od ponad sześciu miesięcy używam szlachetnej trójki: szamponu lawenda & rozmaryn do włosów normalnych , sprayu zwiększającego objętość włosów  oraz odżywki wzmacniającej kolor do włosów brązowych.

Zauważyłam: podwojenie (!) objętości, wzmocnienie włosów, wyciszenie skóry głowy – włosy dłużej pozostają świeże i uniesione u nasady, wysyp baby hair oraz niezwykłe uwypuklenie blasku i moich naturalnych barwnych refleksów. Zniknęły jakiekolwiek tendencje do puszenia się, podrażnień, przesuszeń, przedwczesnego przetłuszczania się czy łupieżu.

Co ciekawe, moja fryzjerka, nie mając pojęcia o sposobach mojej domowej pielęgnacji  zwróciła uwagę na (cytuję) niezwykle wypielęgnowaną, zdrową i zadbaną skórę głowy, co zdarza się rzadko. A cenię ją za to, że raczej nie prawi komplementów tylko znajduje rzeczy do poprawy.

Produkty John Masters Organics to moje łazienkowe καλὸς κἀγαθός kalos kagathos – czyli piękny i dobry, to inwestycja poczyniona dla siebie. Dla środowiska. Z miłości do dopieszczania własnego ciała.

john masters organics.

Minimal Art*icles

 

Zign

Kupując torebkę często nie mam ochoty popłynąć z torbami.

Jest coś magicznego w odkładaniu na akcesoria od projektantów, albo w nieodpowiedzialnym, spontanicznym wydaniu na nie jednej pensji (raz… ekhm lub dwa w życiu) w przypływie szaleństwa, ale umówmy się – w codziennej marszrucie sprawdzają się rozwiązania ekonomicznie funkcjonalne i sprytne. Takie, nad którymi nie będziemy się trząść, jak się rączka zarysuje albo długopis otworzy w torebce, tylko przyjmiemy to ze stoickim spokojem, bo w końcu Life happens.

Kiedy kupuję torebkę – kupuję: przenośne schronienie dla sekretów, możliwie maksimum miejsca na rzeczy osobiste, pojemnik na 5 kg (wersja optymistyczna) książek, organizer, przyszłe śmietnisko (pełne biletów do kina, paragonów, ulotek, nożyczek, mazaków etc.) i przyjemnego towarzysza codzienności. Chcę żeby… przynajmniej z zewnątrz ta multi-funkcyjna hybryda wyglądała naprawdę dobrze. 

Moja torebka – przedmiot wyczynowy – musi być estetycznie atrakcyjna (niekoniecznie posiadać wyraźny logotyp), ale przede wszystkim być bardzo solidna, przystosowana formatem do noszenia A4 i funkcjonalna.

Upolowałam minimalistyczną, wizualnie oszczędną skórzaną torebkę berlińskiej marki Zign, która szczyci się dobrym stosunkiem ceny i jakości. Czy zasłużenie? Jeszcze nie wiem, ale już czuję, że piękna, że zapowiada się przyjaźń solidna. Mówi, że wiele przetrwa.

Wydatek nie bolał.

Przeceny w Zalando.

***

What’s in my bag?

Oprócz wszystkich intymnych, prywatnych rzeczy i zwyczajowego, ludzkiego bałaganu, który wynika z życia? 

Zawsze jakieś perfumy. Zawsze notes. Zawsze.

Roślino-terapia? Korres.

Korres-półeczka

Fascynację marką Korres przywiozłam kilka lat temu z wakacji w Grecji. Od Korresów uginały się półki w większości aptek i drogerii  (tam jest to zdecydowanie marka popularna – bardzo wszech-dostępna i przystępna cenowo, a nie luksusowa, jak w Polsce czasem bywa określana i promowana). Wizerunek marki jest bardzo spójny i wypracowany z wielkim pietyzmem. Dużą rolę pełni w nim ultra-estetyczna identyfikacja wizualna. Możecie to zobaczyć chociażby na ich stronie – świecie Korres

Zdecydowanie warto przywieźć kosmetyki Korres jako pamiątkę lub aromatyczny prezent (zwłaszcza osobom, które lubią eksperymentować i  cenią dobra nietrwałe). Tym bardziej, że trudno się oprzeć. Kuszą oko przepięknie zaprojektowane buteleczki i słoiczki, uwodzą niebanalne zapachy (japońska róża, bazylia i cytryna, figa, gruszka i bergamotka, guawa, herbata miętowa, winorośl z Santorini,…) i ciekawe połączenia roślinne.

Marka szczyci się wykorzystaniem wiedzy czerpanej z homeopatii oraz wysokim stężeniem naturalnych składników, a co nie mniej istotne wykorzystaniem biodegradowalnych opakowaniań.

Możemy przeczytać wiele NO na etykietkach, które mogą nas, konsumentów uszczęśliwić:

No Mineral oil, NO Paraffin Wax, NO Silicones, NO Parabens, NO Propylene Glycol, NO Ethanolamines, etc.

Ostatnio na mojej półeczce pojawiły się dwa produkty Korres: Żel pod prysznic o zapachu figi oraz szampon do włosów normalnych z aloesem i wyciągiem z lebiodki. Wyszperałam je jako pojedyncze sztuki w gigantycznej promocji w Tk Maxxie.

Figa pachnie obezwładniająco – prawdziwą figą, miąższem, figowymi liśćmi, zielenią, szczyptą ziemi. Takie, dość odważne zapachy – uwielbiam. Szampon – bliżej nieokreśloną przyjemną ziołowością.

Niestety, po uważnym przestudiowaniu etykiet – rozczarowanie – już na drugim (!) miejscu w składzie Sodium Laureth Sulfate, którego śmiercionośna moc nie została dowiedziona (już lub jeszcze) ale przyznam, że po składach marki szczycącej się ultra – ekologicznym i homeopatyczno – holistycznym know how spodziewałam się nieco więcej.

Po tym odkryciu, z żelem figowym będzie mi się pewnie mimo wszystko trudno rozstać. Uwielbiam jego zapach na skórze. Szampon pożegnam bez żalu, bo choć poprawny w użytkowaniu to wolę mojej skórze głowy zapewnić bardziej organiczne – organiczne traktowanie.

Przepiękny design opakowań jest ukłonem dla zaspokajania potrzeb estetycznych. Jest to jednak stanowczo niewystarczający powód do kupowania wszystkich produktów tej marki w ciemno, zwłaszcza biorąc pod uwagę regularne ceny na polskim rynku (szampon ok. 79 zł, żel pod prysznic – ok. 55 zł, masło do ust ok. 50 zł, krem do twarzy ok. 150 zł).

Eksperymentuję (czytaj ulegam pokusom) jedynie przywożąc z wakacji lub kupując okazyjnie np. w Tk Maxxie – nie ulegam Korres w regularnych cenach .