Ekstrawagancje


W przededniu sylwestrowej nocy należy nam się trochę ekstrawagancji (a tak naprawdę dodaję po prostu spóźniony wpis niemal udaremniony przez awarię komputera)…

Ale nie będzie o cekinach, szampanie, sylwestrowych stylizacjach, butach, torebkach czy przekąskach. Na pewno macie je już w najdrobniejszym szczególe opracowane albo wprost przeciwnie – zamierzacie je czule zbojkotować – wybierając piżamę i koc.

Poświęcę kilka słów rzeczom, które są ekstrawaganckie o tyle, o ile stanowią wyskok przeciwko codzienności, prozie życia, przyzwyczajeniom, szarościom i opadom, ujemnym emocjom i równie nieprzyjaznym temperaturom. Mają potencjał zmiany estetycznych bezpiecznie wydeptanych ścieżek. I bardzo mnie ucieszyły w grudniu…



Dokładnie tyle marmuru, na ile mogę sobie pozwolić w łazience. Oczywiście na razie.   Przepiękna mydelniczka Stone Craft z carraryjskiego marmuru to skromny ekwiwalent dla pożądanej kolekcji rzeźb antycznych oraz renesansowych wpisanych w nowoczesną przestrzeń (mrugnięcie okiem a nawet dwa), a tak poważnie – jeden z najpiękniejszych drobiazgów, które wprowadzają harmonię do mojego wnętrza. Teraz oczywiście „żyję” trawertynową tacą, na której mogłyby zamieszkać moje kwiaty… dla której znalazłabym setkę uzasadnień.



Półkule kąpielowe Ministerstwa Dobrego Mydła zawładnęły bez reszty łazienką. Już pisałam wcześniej, jak bardzo podoba mi się koncept mądrej kosmetyczne manufaktury reprezentowany przez MDM, podobają mi się też najróżniejsze ich produkty, które sukcesywnie testuję. Różane i lawendowe półkule przepięknie, naturalnie pachną, wesoło skwierczą i musują sypiąc maleńkie płateczki w wodzie oraz…. mocno nawilżają. Jeśli, tak jak ja – nie jesteście wielkimi fankami nawilżającego filmu i natłuszczonej wanny, bo skóra Waszego ciała całkiem przyzwoicie sobie sama radzi – będziecie je kochać i rozkoszować się nimi z doskoku, w wolnym czasie. Dla osób posiadającą suchą (i bardzo suchą) skórę – te półkule to na pewno miód malina o każdej porze dnia i nocy!



Błyski, księżycowy i gwiezdny pył na paznokciach. Ja „mrugać paznokciami” lubię przede wszystkim „na dzień” i do szarej bluzy lub swetra „zwyklaka” – na zasadzie kontrastu. Na wielkie okazje, średnie okazje i inne wyjścia –  raczej mam zarezerwowaną klasykę – burgund, czerń, nude.



Pięknie jest….. ze smakiem żyć. Banał, prawda? Ale tyle radości sprawia jego powtarzanie! Doceniać detale, celebrować niemal niewidzialne szczegóły, wyczulać się sensorycznie i przytulać doskonałe przedmioty nie stając się ich zakładnikiem, bo to one służą nam, a nie my im – jedna z najsubtelniejszych ekstrawagancji. które można sobie zapewnić.  O umiłowaniu szczegółu przypomina wystawa Życie wśród piękna. Świat chińskiego uczonego, którą do 8 stycznia można zobaczyć w Muzeum Narodowym w Warszawie. Eksponowane obiekty przyjechały z Muzeum Narodowego w Pekinie. Spieszcie się wyjść im na spotkanie, jeśli kochacie bezcenne rzemiosło artystyczne, estetykę minimalizmu,sekretną mowę wieków, szczerość materiału, łagodne powierzchnie, ornamenty oraz doskonałość zakutą w materialną formę! Oglądałam dwa razy – dalej jestem chora. 



Ekstrawagancje na biurku spod znaku Noteki…. czyli i ja czasem poddaję się dyktaturze rynku Piotrusia Pana… i dziecinnieję  sympatyzuję z moim wewnętrznym dzieckiem. A spinacze – pieski Midori oraz notes Love eco marble projektu Magdaleny Tekieli były mi potrzebne. Naprawdę. Tak, spięte i „opieskowane” dokumenty wydają się jakby mniej groźne.


Choć zawładnęły moją wyobraźnią już jakiś czas temu – znowu chodzą mi po głowie prace Raqiba Shawa Eklektycznie igrając z tradycjami sztuki dawnej, hinduistyczną ikonografią, horror vacui, artysta tworzy pulsujące barwami prace, w których w równych proporcjach odmierzone są: dekoracyjność, mityczny cudzysłów, erotyzm i okrucieństwo. Jego bestiarium, fantasmagoria i mityczna opowieść są ponadczasowe w wymowie i ekstrawagancko przepiękne!


nieperfekcyjne/ idealne


Niedoskonałość, nieporadność, drobna rysa, ludzki ślad, listek z dziurą… rzeczy piękne dzięki swojej prawdziwości rozczulają mnie. Zanim idealni my spędzimy idealne święta i rozpakujemy idealne, niemal skrojone na miarę prezenty – zapraszam na spotkanie z…. brakiem perfekcji, który jest mi bardzo bliski. Cieszę się drobiazgami i lubię nieposłuszeństwo wobec zewnętrznie i agresywnie narzucanych nam kanonów piękna. 



Kompozycje kwiatowo – roślinne/ dekoracje wnętrza. Znalezione, przypadkowe, chwastowe, celowo „rozczochrane” i nieregularne, swojskie. Piękne w swojej dziwaczności, pokrzywieniu królują ostatnio u mnie domu. Są alternatywą i odpowiedzią na powtarzalność i jednolitość w kwiaciarniach.  W tym wszystkim – na deser opuncja smakująca, jak przypalone ciastko z makiem.

Daję im szansę zanim zaczną rządzić niepodzielnie równo przycięte świerkowe stroiki.

Chwasty, osty, śnieguliczki, pnącza i inne dziwności umieszczam w zaskakujących, pięknych porcelanowych wazonach Normann Copenhagen. Uwielbiam ich minimalistyczną formę i czarne elementy, które kojarzą się ze zgeometryzowanymi, graficznymi… zaciekami.



Dokumentacja podróży oraz przypadek jako zabieg artystyczny zaskakują w niezwykłych zdjęciach Frederica Lebaina opublikowanych w albumie Mes vacances avec holga [Moje wakacje z holgą]. Prace wykonane zostały analogowym aparatem z plastikowym obiektywem nie posiadającym typowego wizjera, generującym efekty nie do uzyskania zaawansowaną technologią cyfrową. Dzięki temu zdjęcia zawierają w sobie element przypadkowości a rezultatów nie można do końca przewidzieć.

W pracach artysty, wykonanych anachronicznym, prostym w budowie sprzętem, uderza rezygnacja z perfekcyjnej, dopieszczonej i wycyzelowanej formy. Błędy obiektywu, efekt winietowania, silne rozmycie obrazu, nałożenie na siebie elementów poprzez wykorzystanie wielokrotnej ekspozycji jednej klatki – tworzą magiczną atmosferę.

Album już się nieco rozpada od częstego wertowania w ciągu ostatnich dziesięciu lat, ale estetyka prac nie traci na aktualności i atrakcyjności. Za każdym razem, gdy go otwieram, mam wrażenie, że zanurzam się w poetyckim eseju o wędrówce przez miejsca wyobraźni. Niezwykłą aurę fotografii buduje właśnie rezygnacja z  (technicznej) perfekcji. Aktualne prace Lebaina zaskakują odmienną estetyką, ale wątek paradoksalnych zestawień elementów i eksperymentów  jest w nich stale obecny.



Szczeliny, pęknięcia w tym, co spójne i jednolite. Krakelury (siatka spękań) widoczne są na powierzchni obrazów Olgi Boznańskiej, reprodukowanych na okładkach notesów wydawanych przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Uwielbiam poruszające obrazy Olgi Boznańskiej oraz przepiękne artykuły papiernicze, które towarzyszą mi na co dzień!


 


Ubranie. Moje i nie moje. Unikatowe. O namacalnym istnieniu poprzedniej właścicielki zaświadcza utracony i zastąpiony innym guziczek. Ta koszula ze stójką, łezką na plecach i bardzo bogatym wzorem stanowi jeden z najbardziej specyficznych okazów w mojej szafie. Rozczulają mnie vintage’owe wykończenia z widocznym śladem ludzkiej ręki.

Uwielbiam ubrania z second handów – przede wszystkim dlatego, że dają okazję do obcowania z krojami i tkaninami, które trudno już znaleźć na odzieżowym rynku oraz ze starannymi wykończeniami, całkowicie dziś zapomnianymi w świecie fast fashion.




Urzekające niedoskonałości w świecie filtrów i niekończących się poprawek sprawiają, że chcę się z nimi zaprzyjaźniać!


Tkwi w szczegółach…

Nie tylko diabeł tkwi w szczegółach. Przedstawiam odkrycia i radości grudnia, które należą do najprzyjemniejszych.


Smak i dotyk?

– Balsam do ust Diptyque 

Przerażają mnie kosmetyki, które należą do tzw. grupy gourmand. Nie lubię pachnieć łakociami, watami cukrowymi, pierniczkami i innym spożywczym dobrodziejstwem. Tak po prostu mam. Nie przepadam też za całą tą słodyczą na wargach.  O ile wybór perfum nie stanowi dla mnie problemu – po prostu wdzięcznie omijam rodzinę gourmand szerokim łukiem – to wybór balsamu do ust „bez efektu karmelka” może nastręczać więcej trudności (tym bardziej, że nie jestem fanką alternatywy w postaci smaku „aptecznych maści”).

Marka Diptyque, znana przede wszystkim z luksusowych świec, stanowi synonim wysokiej jakości, a jednak ich balsam do ust z odżywczymi ekstraktami z maku, róży i fiołka bardzo mnie zaskoczył. Konsystencja tego bezbarwnego, delikatnego produktu jest bogata, ale nie ciężka, a zapach i smak bardzo subtelny. Mnie kojarzy się bardziej z kwiatem pomarańczy niż fiołkiem czy makiem, ale może rzeczywiście? Nie wiem, to taki abstrakcyjny lekko kwiatowy aromat.

Stosowanie jest przyjemne, ale pewnie znajdziecie na rynku kosmetycznym wiele równie sympatycznych balsamów. O niezwykłości produktu i absolutnej wyższości tego kosmetyku nad innymi przeze mnie stosowanymi decyduje coś innego – długotrwały efekt nieprawdopodobnego nawilżenia i wygładzenia (nawet po tym, gdy balsam już dawno został „zjedzony”). Nigdy, naprawdę nigdy, nie miałam tak wypielęgnowanych ust gotowych na wszelkie matowe i niematowe pomadki, które będą się idealnie równomiernie rozprowadzać.

Minusem produktu jest dość wysoka cena, ale w zamian – otrzymujemy wydajność. Mnie wystarcza dosłownie kapeczka tego balsamu.



Zapach/węch?

– Chloé  Intense. Wreszcie.

Są takie zapachy, z którymi pragniemy się czasami „zrosnąć”. Mamy wrażenie, że są nam bliskie i odkrywają jakąś prawdę o nas. Tak przynajmniej to sobie wyobrażam. Na przekór modom, trendom i nowym kompozycjom wracam chętnie do Chloé  Intense  – kompozycji dość specyficznej, nieco ciężkiej, wytrawnej, mającej w sobie retro aurę. Decydują o tym: róża, drzewo sandałowe, różowy pieprz, tonka. 




Dotyk?

– Kolejny peeling Hagi. Tym razem drobnoziarnisty z olejem z pestek śliwki i olejem jojoba. Jest bardzo delikatny, fantastycznie nawilża i pachnie…. no właśnie… bardzo intensywnie… marcepanowo (ale, o dziwo, nie drażniąco). Działa zresztą na wszystkie zmysły, bo barwę ma po prostu przepiękną.  Markę Hagi uwielbiam miłością bezwarunkową za naturalne produkty i przeuroczy design oraz za to, że są mądrze pakowane. Mydełka – w piękne papierowe kartoniki, peelingi w plastikowe słoiczki, które sprawiają, że można produkt zużyć do końca, a opakowanie wrzucić do odpowiedniego pojemnika do segregacji odpadów. Irytują mnie kosmetyki opakowane w ten sposób, że zalegające w nich resztki produktu uniemożliwiają poddanie ich recyklingowi. Zawsze staram się takie opakowania rozbroić, ale nie we wszystkich przypadkach jest to możliwe.



Wzrok?

– L’Officiel i edytoriale. Porównuję wersję francuską (miesięcznik) i polską (kwartalnik) tego modowego magazynu. Wielkie brawa dla polskiego wydania, bo mniej w nim reklam i krótkich komercyjnych „zajawek”, a więcej wartościowych, dobrze napisanych artykułów! Chociaż fantastyczny edytorial we francuskim piśmie sprawił, że moją wyobraźnią rządzą koronki i wzorzyste horror vacui!