Love, style, life. Aj*.

Spis treści

Garance Doré na niespełna 300 stronach uwodzi, czaruje, rozśmiesza. W rozsądnych porcjach dzieli się sobą, przeszłością i teraźniejszością, obserwacjami, opowieściami.  Aż tyle… i tylko tyle.

Blogerki i blogerzy zdążyli już przeczytać i  (w większości) bezwarunkowo zachwycić się. Może będę trochę kontrowersyjna. Niezamierzenie. I absolutnie nie dlatego, że muszę „stanąć okoniem”.

Tę książkę chce się po prostu mieć. Dla przeglądania przepięknych fotografii, cieszenia się grafikami Garance, celebrowania jej sukcesu, o którym opowiada bez fanfaronady z dużą dozą samoświadomości i autoironii.

Najpierw przyjemność, taka nawet fizyczna … z dotykania papieru, z różnicy faktur między poszczególnymi częściami książki, z obcowania z nieprawdopodobnie wysmakowanym wydaniem.

Fotografie! Grafiki! Fonty! Detale! Wizualna uczta!

Potem – miłe połechtanie. Ho, ho! Jaka ta Garance zabawna, kreatywna, autoironiczna, sympatyczna! Ten uroczy brak zadęcia, ta umiejętność odpowiedniego dozowania własnych ułomności, tak, że są pocieszne, a nie godne politowania. Ach!

Krótkie wywiady/ rozmowy z kobietami, które swoim stylem ubierania, bycia i życia wyznaczają nowe obszary, w których warto poszukać inspiracji. Mniam!

NY vs. Paris – obserwacje Garance dotyczące miast – światów i zachowań oraz rytuałów ich mieszkańców. Trochę stereotypowe, ale wciąż pyszne!

Podkreślany przez wszystkich, którzy książkę trzymali w ręce – genialny instynkt samozachowawczy jeśli chodzi o unikanie banalnych rad dotyczących kompletowania garderoby.

I mimo tylu superlatyw – pozostaje mi poczucie niedosytu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Garance, kobieta twórcza i inteligentna, posiadająca ogromne estetyczne wyczucie, doświadczenie i „chody” w branży modowej, „bywająca wszędzie, gdzie bywać warto” – nie dla ścianek, a dla wzruszeń,  rejestratorka piękna i artystka, estetka  – mogła wprowadzić  czytelników w jakieś głębsze misterium świata mody  albo bardziej refleksyjnie podejść do wielu life stylowych kwestii.  A zatrzymała się na uroczej słodkiej piance pachnącej doskonałym syropem.

Ale kto z czystym sumieniem przyzna, że pianki nie lubi?

*Nie zamierzam nic ujmować dokonaniom i zdolnościom Garance, krytykować z zazdrości, bo nadal jestem pod wielkim wrażeniem jej osobowości, prac, stylu, bloga i słodkiej pianki… ekhm… książki.

moc różu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *