Less is more – biżuteria

Jeśli chodzi o biżuterię lubię „długie trwanie” i trochę retro – sznyt*.

Ideałem byłoby less is more skrzyżowanie z sentymentalno – staromodnym przekazywaniem akcesoriów z pokolenia na pokolenie (Oczywiście trudno wówczas w każdym przypadku o wiecznie aktualny design. Wygrywa za to zawsze święta ponadczasowość).

Nie mam natury eksperymentatorki jeśli chodzi o biżuteryjne dodatki. Kieruję się zasadą:

Raz a dobrze **


*Rozumiany bardzo specyficznie – jako precyzja i mądrość wykonania, pewna unikatowość, a nie sięganie do wzorców historycznej biżuterii. Samo wzornictwo może być bardzo nowoczesne.

**Dobrze – nie znaczy bardzo (ani nawet) drogo.


Z mojej szafy przeganiam „kłamczuszki” – biżuteryjne akcesoria, które nieudolnie naśladują rozwiązania z pokazów oraz udają materiały i kruszce, którymi nie są.

Nie zrozumcie mnie źle, w żadnym wypadku nie potępiam i nie oceniam osób, które w sieciówce sięgają po plastikowe kolie itp.  Jest to ich poszukiwanie stylu, ich wybór podyktowany przez szereg czynników od podejścia i filozofii po finanse.

Ja nie umiem się do takich rzeczy przywiązać ani przekonać, bo wiem, że wraz z pierwszym ubytkiem, odbarwieniem metalu, czy zmianą (tego co „in i out”) – trafią na dno szuflady – „zagracą”. Wyrzucić –  szkoda. Zostawić – też.

Wybieram biżuterię, którą w razie tzw. wypadku  (zaczepienia, uszkodzenia, rozerwania) warto „serwisować” korzystając z adresów, które naprawę są mi w stanie zapewnić.

Mam takie dwa niezawodne adresy (stacjonarne i internetowe), którym ufam bezgranicznie w kwestiach estetycznych i know – how.

Studio TT – odwaga, fantazja i bezkompromisowość, lokalny i zarazem kosmopolityczny charakter. Od minimalizmu po barokowy przepych. Możecie zajrzeć tutaj

Orska – poetycka wrażliwość, ciekawe tworzywa i zapisane w nich mini – opowieści. Obiekty, które przynależą do kategorii dzieł sztuki. Triumf wyobraźni.

Rozdział I – talizmany z mojej szafy

A jakże! Wszyscy mają. Mam i ja! Mam zakupową filozofię. Jedną złotą zasadę. Jedno motto:

Nie stać mnie na buble *

Na rzeczy z którymi rozstanę się nim zdążymy się zaprzyjaźnić. * Nie stać mnie na nie w wymiarze finansowym i moralnym. Szkoda mi ludzkiej pracy, surowców, które są nierozsądnie wykorzystane, a potem równie nierozsądnie przemielone(alchemia śmiecia) i mojej własnej energii – pracy, którą za nie wymieniam.

Nie mogę pozwolić sobie na to, by całkowicie zrezygnować z kupowania w sieciówkach. Metki: Made in Cambodia  dalej mieszkają w mojej szafie, choć nie czuję się z tym komfortowo ze względów etycznych. W każdym razie redukuję ich ilość do minimum. By się trochę „wybielić” – zawsze daję moim ubraniom drugie życie. ( Wymiany na ciuchy z siostrą, swap party, Szlachetna paczka).

Rozgraniczam też: Czy wyglądam dobrze? od Czy doskonale się w tym czuję?. To uczuciom bardziej niż opiniom pozostaję wierna. Odpowiedź na pytanie nie musi być tożsama ze wszystkimi aktualnymi trendami (ani nawet żadnym z nich).

Na ile wpuszczam do szafy trendy (zabawki, „chwilówki”)? Raczej w formie zapachu, aury czy makijaży. W tej formie jesteśmy w stanie się wzajemnie zaakceptować.

W kolejnych postach oprowadzę Was po królestwie rzeczy, które definiują mój styl i moją szafę.

Ku inspiracji, a czasem może ku przestrodze ;)!