Light my fire!

Oto mój absolutny, niekwestionowany pachnący no. 1

Wpuściłam trochę magii i szamanizmu do domu. Tak, magii. Dzięki płomieniowi sprzymierzonej mocy jałowca i mirry wyciszam się i odprężam.

Mirra – żywica pozyskiwana z drzew i krzewów balsamowca – od starożytności – towar luksusowy, ceniony za gorzki, korzenny, intensywny zapach oraz właściwości oczyszczające, odświeżające, łagodzące ból…. i odstraszające złe moce.

Jałowiec jest tradycyjnie wykorzystywany do aromatyzowania potraw i pomieszczeń. (Niegdyś rozsypywany w pomieszczeniach, by swoim sosnowym aromatem odświeżyć powietrze).

Jestem trochę dziwaczką – koneserką zapachowych świec. Kupuję i palę je kompulsywnie i maniakalnie. Pewnie ciężko ze mną wytrzymać.  Chętnie eksperymentuję, ale tego zapachu nic nie jest w stanie na razie zdetronizować.

Odważny, niebanalny a jednocześnie mało – inwazyjny aromat. Uwielbiam wypełniać nim pomieszczenia w domu i nie mam poczucia ciężkiej chmuro – zawiesiny w powietrzu (jak w przypadku wielu zapachowych produktów). Jest korzenny aromat, drzewna opowieść, nuta goryczy, świeżość, moc rytuału i coś z łagodzącej mocy chatki z piernika.

Świecę udało mi się wyłowić w Tk Maxx i odtąd próbuję wytopić jej rodowód. Czy kojarzycie może markę? 

 


Love, style, life. Aj*.

Spis treści

Garance Doré na niespełna 300 stronach uwodzi, czaruje, rozśmiesza. W rozsądnych porcjach dzieli się sobą, przeszłością i teraźniejszością, obserwacjami, opowieściami.  Aż tyle… i tylko tyle.

Blogerki i blogerzy zdążyli już przeczytać i  (w większości) bezwarunkowo zachwycić się. Może będę trochę kontrowersyjna. Niezamierzenie. I absolutnie nie dlatego, że muszę „stanąć okoniem”.

Tę książkę chce się po prostu mieć. Dla przeglądania przepięknych fotografii, cieszenia się grafikami Garance, celebrowania jej sukcesu, o którym opowiada bez fanfaronady z dużą dozą samoświadomości i autoironii.

Najpierw przyjemność, taka nawet fizyczna … z dotykania papieru, z różnicy faktur między poszczególnymi częściami książki, z obcowania z nieprawdopodobnie wysmakowanym wydaniem.

Fotografie! Grafiki! Fonty! Detale! Wizualna uczta!

Potem – miłe połechtanie. Ho, ho! Jaka ta Garance zabawna, kreatywna, autoironiczna, sympatyczna! Ten uroczy brak zadęcia, ta umiejętność odpowiedniego dozowania własnych ułomności, tak, że są pocieszne, a nie godne politowania. Ach!

Krótkie wywiady/ rozmowy z kobietami, które swoim stylem ubierania, bycia i życia wyznaczają nowe obszary, w których warto poszukać inspiracji. Mniam!

NY vs. Paris – obserwacje Garance dotyczące miast – światów i zachowań oraz rytuałów ich mieszkańców. Trochę stereotypowe, ale wciąż pyszne!

Podkreślany przez wszystkich, którzy książkę trzymali w ręce – genialny instynkt samozachowawczy jeśli chodzi o unikanie banalnych rad dotyczących kompletowania garderoby.

I mimo tylu superlatyw – pozostaje mi poczucie niedosytu.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Garance, kobieta twórcza i inteligentna, posiadająca ogromne estetyczne wyczucie, doświadczenie i „chody” w branży modowej, „bywająca wszędzie, gdzie bywać warto” – nie dla ścianek, a dla wzruszeń,  rejestratorka piękna i artystka, estetka  – mogła wprowadzić  czytelników w jakieś głębsze misterium świata mody  albo bardziej refleksyjnie podejść do wielu life stylowych kwestii.  A zatrzymała się na uroczej słodkiej piance pachnącej doskonałym syropem.

Ale kto z czystym sumieniem przyzna, że pianki nie lubi?

*Nie zamierzam nic ujmować dokonaniom i zdolnościom Garance, krytykować z zazdrości, bo nadal jestem pod wielkim wrażeniem jej osobowości, prac, stylu, bloga i słodkiej pianki… ekhm… książki.

moc różu

Less is more – biżuteria

Jeśli chodzi o biżuterię lubię „długie trwanie” i trochę retro – sznyt*.

Ideałem byłoby less is more skrzyżowanie z sentymentalno – staromodnym przekazywaniem akcesoriów z pokolenia na pokolenie (Oczywiście trudno wówczas w każdym przypadku o wiecznie aktualny design. Wygrywa za to zawsze święta ponadczasowość).

Nie mam natury eksperymentatorki jeśli chodzi o biżuteryjne dodatki. Kieruję się zasadą:

Raz a dobrze **


*Rozumiany bardzo specyficznie – jako precyzja i mądrość wykonania, pewna unikatowość, a nie sięganie do wzorców historycznej biżuterii. Samo wzornictwo może być bardzo nowoczesne.

**Dobrze – nie znaczy bardzo (ani nawet) drogo.


Z mojej szafy przeganiam „kłamczuszki” – biżuteryjne akcesoria, które nieudolnie naśladują rozwiązania z pokazów oraz udają materiały i kruszce, którymi nie są.

Nie zrozumcie mnie źle, w żadnym wypadku nie potępiam i nie oceniam osób, które w sieciówce sięgają po plastikowe kolie itp.  Jest to ich poszukiwanie stylu, ich wybór podyktowany przez szereg czynników od podejścia i filozofii po finanse.

Ja nie umiem się do takich rzeczy przywiązać ani przekonać, bo wiem, że wraz z pierwszym ubytkiem, odbarwieniem metalu, czy zmianą (tego co „in i out”) – trafią na dno szuflady – „zagracą”. Wyrzucić –  szkoda. Zostawić – też.

Wybieram biżuterię, którą w razie tzw. wypadku  (zaczepienia, uszkodzenia, rozerwania) warto „serwisować” korzystając z adresów, które naprawę są mi w stanie zapewnić.

Mam takie dwa niezawodne adresy (stacjonarne i internetowe), którym ufam bezgranicznie w kwestiach estetycznych i know – how.

Studio TT – odwaga, fantazja i bezkompromisowość, lokalny i zarazem kosmopolityczny charakter. Od minimalizmu po barokowy przepych. Możecie zajrzeć tutaj

Orska – poetycka wrażliwość, ciekawe tworzywa i zapisane w nich mini – opowieści. Obiekty, które przynależą do kategorii dzieł sztuki. Triumf wyobraźni.